Pusty slogan czy jednak coś więcej?

Jürgen Klopp nie jest cudotwórcą i od początku mówił o tym otwarcie. Crystal Palace pokonał na wyjeździe ekipę Liverpoolu i przeskoczył ich w tabeli Premier League. Kto oglądał spotkanie ten wie, że to The Reds mieli zdecydowaną przewagę i mogli, a nawet powinni odnieść wysokie zwycięstwo. Jak to jednak w futbolu często bywa, liczby nie grają i zespół z Londynu ponownie dał Liverpoolowi pstryczka w nos.

Nie zamierzam skupiać się tutaj na szczegółowej analizie tego meczu jak i na całym miesiącu pracy Kloppa. To co się wydarzyło w niedzielę na Anfield skłoniło mnie jednak do przemyśleń na temat postawy managera, piłkarzy i… kibiców.

Fani Liverpoolu, do których się zaliczam, są regularnie wyśmiewani w mediach, zwłaszcza w internecie. Możecie znaleźć całe setki memów, według których każdy sympatyk zespołu z Merseyside żyje historią, a nie tym co tu i teraz. W ostatnich latach widoczne to było głównie na linii Chelsea – Liverpool, ponieważ Czerwoni zarzucali Niebieskim, że są sezonowcami, którzy nie byli w stanie wymienić żadnego zawodnika swojej ulubionej drużyny przed erą Abramowicza i kibicują klubowi bez historii. Ci drudzy rewanżowali się, że 18-krotny mistrz Anglii już dawno nie wygrał nic wartościowego. Doszło do tego, że nawet wygranie Pucharu Ligi Angielskiej było wyśmiewane jako trofeum mało wartościowe.

Docinek było oczywiście więcej. Fani Chelsea mają trochę więcej spokoju po tym jak Manchester City również przeszedł w ręce multimiliarderów. Teraz to chyba nawet The Citizens mają trudniej się bronić przed atakami kibiców innych drużyn. Mówię tu jednak cały czas o kibicach w Polsce, którzy swoją wojnę prowadzą najczęściej w internecie, rzadko albo wcale jeżdżą na Wyspy oglądać swoich ulubieńców na żywo. Nie powstrzymuje to jednak tych osób od wyrażania opinii w imieniu tych, którzy regularnie przychodzą na stadion.

I tu znowu wrócę do przykładu Liverpool – Chelsea, gdyż jest on mi najlepiej znany. My (fani The Reds) kibicujemy klubowi z historią, duszą i tradycjami. Mamy piękny hymn, a motto w nim zawarte przyświeca nam przez 25 lat posuchy w lidze angielskiej. Jest wiele pięknych historii związanych z You’ll Never Walk Alone, a najpiękniejsza miała miejsce 10 lat temu w Stambule. Zawsze podobał mi się ten hymn. Nie dlatego, że to hymn mojego klubu. To piosenka o czymś więcej niż futbol. Nie śpiewamy Glory, Glory Man United co brzmi równie dobrze jak Deutchland, Deutchland über alles. Śpiewamy o życiu, które jest jak burza, ale po niej zawsze przychodzi słońce.

Sęk w tym, że coraz rzadziej udowadniamy jako fani, że rzeczywiście jest tak jak twierdzimy. Coraz częściej dochodzi do sytuacji, kiedy kibicowi The Reds brakuje pokory. Nie chcę generalizować – nie wszyscy są tacy. Patrząc po niektórych komentarzach mam jednak wrażenie, że czują się lepszymi kibicami tylko ze względu na to komu sprzyjają. Nie tak to powinno działać. Trzeba umieć być dobrym fanem. Umieć wspierać swoją drużynę z szacunkiem do jej piłkarzy, trenerów i władz klubu i z równie dużym szacunkiem dla rywala. Dlatego nie akceptuję szydzenia z fanów Chelsea. Sam nie lubię tego klubu, tego w jaki sposób osiągnął sukces. To nieprawda, że nie mieli innego wyjścia, żeby osiągnąć sukces, bo tylko pieniędzmi mogli przyciągnąć zawodników, którzy woleli grać w Liverpoolu, Manchesterze United czy Arsenalu. Jürgen Klopp udowodnił swoją pracą w Niemczech, że drużynę można zbudować od podstaw, a nie kupić gotowy produkt. Walczył z Bayernem Monachium jak równy z równym, wygrywając dwa tytuły mistrzowskie i Puchar Niemiec. Uległ w najważniejszym starciu – w finale Ligi Mistrzów, ale była to porażka piękna, romantyczna. Mimo mojej niechęci do Chelsea, jestem w stanie odbyć normalną rozmowę z jego fanami bez wytykania im, że nie mają historii.

Odbiegam od tematu. Generalnie chodzi mi o zachowanie kibiców Liverpoolu po stracie gola na 1:2 w niedzielnym spotkaniu na Anfield. Myślę, że większość wie, co się wtedy stało. Kibice zaczęli opuszczać stadion nie czekając na końcowy gwizdek sędziego. Gdy patrzyłem na reakcję Kloppa myślałem, że zaraz podejdzie i ich solidnie opieprzy. Nie stało się tak, piłkarze też przez te 12 minut nie wykazali się niczym szczególnym, chociaż nie można powiedzieć, że odpuścili. Jakby tego było mało, w doliczonym czasie gry nie było wcale słychać z trybun You’ll Never Walk Alone, a zamiast tego wesołe przyśpiewki londyńczyków.

To był dla mnie szok. Tym większy, że ani Jürgen Klopp, ani drużyna na takie zachowanie fanów nie zasłużyła. Zdarza się, że zespół gra poniżej oczekiwań, oddaje inicjatywę słabszemu rywalowi, popełnia głupie błędy i jest to n-ty raz z rzędu. Słowem – totalna klapa. Złość kibiców jest zrozumiała i niektórzy ze złością opuszczają stadion. Nie pochwalam tego, nie zachowałbym się tak, ale jestem w stanie zrozumieć. Jednak jak wytłumaczyć taką reakcję fanów w przypadku pierwszej porażki Jürgena Kloppa w Liverpoolu? Trenera, którego całe Anfield domagało się wcześniej ubierając dżokejkę i okulary oraz wywieszając transparenty Klopp for The Kop.

No i trzeba otwarcie przyznać – zespół zagrał dobre zawody. Przeważał, stwarzał okazje, zabrakło skuteczności, ale piłkarze nie poddali się. Jürgen Klopp może czuć się oszukany. Przyszedł do klubu, w którym miał się czuć jak u siebie w domu, miał dostać czas, zaufanie i wsparcie od wszystkich fanów. Przez miesiąc ciężko pracował, gołym okiem widać było poprawę gry i wyników, przychodzi pierwsza (niezasłużona) porażka i… Klopp został sam. Ze swoimi piłkarzami, ponieważ oni dalej będą za niego oddawać siódme poty na treningach i w meczach, ale sam – bez kibiców, którzy od zawsze byli uznawani za jedną z największych, a może i największą siłę Liverpoolu. A zostawili go właśnie ci, których mottem jest to piękne hasło You’ll Never Walk Alone. Pozostaje więc pytanie, czy nie jest to tylko pusty, nic nie znaczący slogan służący jedynie w celu wywyższenia się nad kibicami innych drużyn.

Otóż dla mnie (i zapewne dla wielu fanów Liverpoolu) nie. Od 2001 roku wspieram ten klubi i ani razu się od niego nie odwróciłem. Jest wielu, którzy są jeszcze lepszymi kibicami ode mnie i z jeszcze większą pasją wypełniają idee tego klubu. Co jednak z tymi, którzy chodzą regularnie na stadion i z pewnością uważają się za prawdziwych kibiców, za lepszych od nas, którzy oglądają Liverpool tylko w telewizji? Płacą za bilet i chcą obejrzeć dobry spektakl, a jeżeli nie są z niego zadowoleni to mają prawo wyjść i nic nam do tego? Nie znam tych osób, ale można przeczytać opinie ich obrońców. Przecież ci ludzie mogą dojeżdżać z daleka – słyszymy. Nie chcą stać w korkach. Na koniec bardzo trudno wydostać się ze stadionu, są duże kolejki.

Rozumiem, że jak idą do teatru to również wychodzą 10 minut wcześniej, żeby jako pierwszym wyjechać z parkingu? Jeżeli tak, to świadczy o braku kultury, ale jestem przekonany, że tak nie jest. Jestem pewien, że te same osoby, które muszą koniecznie w tym momencie wyjść, żeby na pewno zdążyć na pociąg albo nie stać w korkach zostałyby te 10-12 minut dłużej, gdyby wynik był inny. Więcej – z radością by w tym korku stały, w ogóle nie przejmowałyby się, że muszą czekać na następny pociąg. Może nie mam racji, w końcu nie znam tych ludzi. Może kupują bilet do kina doskonale wiedząc, że nie zobaczą jak się film skończy, bo wyjdą na pociąg.

Mimo, że dla niektórych to hasło jest już mało istotne, tak długo jak chociaż jeden fan The Reds będzie w nie wierzył, Panie Klopp – Nie będziesz szedł sam.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.