Fenomen na szczycie tabeli BPL

Właśnie mija 13. Kolejka Barclays Premier League i oto niemożliwe stało się realne – Leicester City sensacyjnym liderem! O tyle bardziej sensacyjnym, że minęła już 1/3 sezonu, więc to już nie przelewki. Popularne „Lisy” zaskakują jednak już od początku rozgrywek, a dobrą formę złapali już wcześniej. I pomyśleć, że mało brakowało, a ten zespół występowałby w tym sezonie w Championship…

Oglądając postęp poczyniony przez Leicester w ostatnim czasie zacząłem zastanawiać się, jak to w ogóle się zaczęło. Rok temu, również po 13 kolejkach Leicester City był… ostatnim zespołem Premier League. Mało tego – przez następne 18 meczów ta sytuacja nie uległa zmianie. Chociaż podopieczni Nigela Pearsona byli murowanymi kandydatami do spadku, wygrzebali się z kryzysu pod koniec sezonu i zajęli 14. miejsce. Złośliwi powiedzą, że Lisom dopisał terminarz, nie umniejsza to jednak zasług zespołu, który odniósł pod koniec zeszłej kampanii 7 zwycięstw, 1 remis i 1 porażkę w finałowej drodze czyli z ostatniej pozycji awans o 6 pozycji. Nie zmieniło to oceny właścicieli na temat ogólnej pracy Nigela Pearsona w Leicester i został zwolniony.

Jeżeli chodzi o tego managera to osobiście uważam, że powinien dostać więcej zaufania po tym co zrobił dla tego klubu. Po tym jak przejął stery w Leicester w 2008 roku z miejsca awansował z League One do Championship. W 2010 roku stracił posadę na rzecz Paulo Sousy, by rok później ponownie ją objąć. Trzy lata później awansował z Lisami do Premier League i po wielu (wyżej wspomnianych) trudach nie spuścił klubu z ligi. Chociaż przez większość sezonu Leicester był najsłabszym klubem w Premier League, to ostatecznie Nigel Pearson wybronił się wynikami. Udany finisz był z jeszcze jednego względu wyjątkowy – ekipa, w której występuje Marcin Wasilewski zdobyła w ostatnie 9 kolejek więcej punktów (22) niż przez poprzednie 29 meczów (19 puntów). Decyzją właścicieli nowym bossem w klubie został doświadczony 66-latek z Włoch – Claudio Ranieri. Widocznie nie należą do zwolenników Leszka Millera i nie oceniają mężczyzny po tym jak kończy.

Co można powiedzieć o nowym trenerze angielskiego zespołu? Z pewnością jest to szanowane nazwisko w piłkarskim świecie, chociaż nie osiągnął zbyt wielu trofeów. W jego dorobku są jak do tej pory 4 puchary. Złośliwi powiedzą, że prowadził Chelsea zanim to było modne, czyli jeszcze przed erą Romana Abramowicza. W Leicester zaczął od taktyki 4-2-3-1, szybko jednak zmodyfikował formację na 4-4-2. Osobiście od dłuższego czasu jestem również fanem takiego ustawienia. Wystarczy spojrzeć na reprezentację Polski, która zarówno za kadencji Franciszka Smudy jak i Waldemara Fornalika męczyła „nowoczesne”4-2-3-1 z osamotnionym Lewandowskim na czele. Efektem tego było podwójne lub nawet potrójne krycie naszego snajpera, a dwóch defensywnych pomocników raczej sobie przeszkadzało niż się uzupełniało. Oczywiście nie w każdym zespole taki pomysł musi się udać, a najlepszym przykładem jest tu ostatni mecz Liverpoolu przeciwko Manchesterowi City. Zespół z Etihad nie miał nic do powiedzenia wobec ekipy Jürgena Kloppa, która tak naprawdę zagrała bez nominalnego napastnika, za to z szóstką pomocników.

Claudio Ranieri wykrzesał z tego zespołu to co najlepsze, chociaż wciąż sporo mają ci gracze do poprawy. Najbardziej kuleje gra w obronie. Na 16 oficjalnych spotkań tego sezonu (razem z Pucharem Ligi) podopieczni Włocha zachowali tylko dwa czyste konta. W pięciu przedsezonowych sparingach ta sztuka nie udała im się ani razu. Nadrabiają jednak świetną grą w ofensywie, a tam szaleje nie kto inny jak Jamie Vardy. Napastnikiem Lisów zainteresowany jest ponoć nawet sam Real Madryt. 28-latek strzelił już 13 goli w tych rozgrywkach, czyli może popisać się niebywałą skutecznością 1 bramka na mecz, a w meczu z Newcastle wyrównał rekord Ruuda van Nisterlooya strzelając gola w dziesiątym meczu z rzędu.

Bardzo mi imponuje inny piłkarz Leicester City i na pewno z chęcią zobaczyłbym go w swoim ulubionym zespole. Mam tu na myśli Algierczyka Riyiada Mahreza. Ten 24-letni wielozadaniowy zawodnik strzelił już 7 bramek, ale na boisku wyróżnia się głównie dzięki bardzo dobremu wyszkoleniu technicznemu.

Trudno powiedzieć jak długo może trwać piękny sen Lisów. Już w najbliższej kolejce ligowej zmierzą się z viceliderem tabeli – Manchesterem United. Podopieczni Louisa van Gaala tracą mało goli, więc będzie to dobry test dla skutecznej jak dotąd ofensywy Leicester. Większym problemem może być jednak ich dziurawa obrona, która wpuściła już 20 goli w tym sezonie. Najlepszym przykładem będzie tu mecz z Arsenalem. Chociaż ekipa prowadzona przez 66-letniego Włocha zagrała nie najgorsze zawody, przez błędy w defensywie przegrali 2:5. Całkiem możliwe więc, że Holender z Old Trafford przyjmie warunki swoich rywali i pozwoli na strzelaninę zakończoną wieloma bramkami licząc na to, że mimo to defensywa Lisów popełni więcej pomyłek.

Warto zauważyć, że podobna sytuacja ma miejsce w polskiej ekstraklasie, gdzie na półmetku rundy zasadniczej lideruje z dużą przewagą Piast Gliwice. Mimo, że ich forma w ogóle nie spada, rywale w dalszym ciągu bagatelizują sprawę twierdząc, że taki zespół po prostu musi w którymś momencie się wypalić. Całkiem możliwe, że Leicester zostanie potraktowany identycznie przez czołowe kluby Premier League. Jeżeli tak się stanie – najbardziej skorzysta na tym sam klub. Nie ma nic bardziej zwodnego w piłce od lekceważenia swojego przeciwnika.

Rok temu po 13. kolejce BPL Leicester spadł na ostatnie miejsce w tabeli i tkwił na nim przez kolejne 16 spotkań. W tym sezonie po 13. kolejce Lisy awansowały na lidera angielskiej ekstraklasy, czy będą w stanie równie długo okupować swoje miejsce jak rok wcześniej?

Pusty slogan czy jednak coś więcej?

Jürgen Klopp nie jest cudotwórcą i od początku mówił o tym otwarcie. Crystal Palace pokonał na wyjeździe ekipę Liverpoolu i przeskoczył ich w tabeli Premier League. Kto oglądał spotkanie ten wie, że to The Reds mieli zdecydowaną przewagę i mogli, a nawet powinni odnieść wysokie zwycięstwo. Jak to jednak w futbolu często bywa, liczby nie grają i zespół z Londynu ponownie dał Liverpoolowi pstryczka w nos.

Nie zamierzam skupiać się tutaj na szczegółowej analizie tego meczu jak i na całym miesiącu pracy Kloppa. To co się wydarzyło w niedzielę na Anfield skłoniło mnie jednak do przemyśleń na temat postawy managera, piłkarzy i… kibiców.

Fani Liverpoolu, do których się zaliczam, są regularnie wyśmiewani w mediach, zwłaszcza w internecie. Możecie znaleźć całe setki memów, według których każdy sympatyk zespołu z Merseyside żyje historią, a nie tym co tu i teraz. W ostatnich latach widoczne to było głównie na linii Chelsea – Liverpool, ponieważ Czerwoni zarzucali Niebieskim, że są sezonowcami, którzy nie byli w stanie wymienić żadnego zawodnika swojej ulubionej drużyny przed erą Abramowicza i kibicują klubowi bez historii. Ci drudzy rewanżowali się, że 18-krotny mistrz Anglii już dawno nie wygrał nic wartościowego. Doszło do tego, że nawet wygranie Pucharu Ligi Angielskiej było wyśmiewane jako trofeum mało wartościowe.

Docinek było oczywiście więcej. Fani Chelsea mają trochę więcej spokoju po tym jak Manchester City również przeszedł w ręce multimiliarderów. Teraz to chyba nawet The Citizens mają trudniej się bronić przed atakami kibiców innych drużyn. Mówię tu jednak cały czas o kibicach w Polsce, którzy swoją wojnę prowadzą najczęściej w internecie, rzadko albo wcale jeżdżą na Wyspy oglądać swoich ulubieńców na żywo. Nie powstrzymuje to jednak tych osób od wyrażania opinii w imieniu tych, którzy regularnie przychodzą na stadion.

I tu znowu wrócę do przykładu Liverpool – Chelsea, gdyż jest on mi najlepiej znany. My (fani The Reds) kibicujemy klubowi z historią, duszą i tradycjami. Mamy piękny hymn, a motto w nim zawarte przyświeca nam przez 25 lat posuchy w lidze angielskiej. Jest wiele pięknych historii związanych z You’ll Never Walk Alone, a najpiękniejsza miała miejsce 10 lat temu w Stambule. Zawsze podobał mi się ten hymn. Nie dlatego, że to hymn mojego klubu. To piosenka o czymś więcej niż futbol. Nie śpiewamy Glory, Glory Man United co brzmi równie dobrze jak Deutchland, Deutchland über alles. Śpiewamy o życiu, które jest jak burza, ale po niej zawsze przychodzi słońce.

Sęk w tym, że coraz rzadziej udowadniamy jako fani, że rzeczywiście jest tak jak twierdzimy. Coraz częściej dochodzi do sytuacji, kiedy kibicowi The Reds brakuje pokory. Nie chcę generalizować – nie wszyscy są tacy. Patrząc po niektórych komentarzach mam jednak wrażenie, że czują się lepszymi kibicami tylko ze względu na to komu sprzyjają. Nie tak to powinno działać. Trzeba umieć być dobrym fanem. Umieć wspierać swoją drużynę z szacunkiem do jej piłkarzy, trenerów i władz klubu i z równie dużym szacunkiem dla rywala. Dlatego nie akceptuję szydzenia z fanów Chelsea. Sam nie lubię tego klubu, tego w jaki sposób osiągnął sukces. To nieprawda, że nie mieli innego wyjścia, żeby osiągnąć sukces, bo tylko pieniędzmi mogli przyciągnąć zawodników, którzy woleli grać w Liverpoolu, Manchesterze United czy Arsenalu. Jürgen Klopp udowodnił swoją pracą w Niemczech, że drużynę można zbudować od podstaw, a nie kupić gotowy produkt. Walczył z Bayernem Monachium jak równy z równym, wygrywając dwa tytuły mistrzowskie i Puchar Niemiec. Uległ w najważniejszym starciu – w finale Ligi Mistrzów, ale była to porażka piękna, romantyczna. Mimo mojej niechęci do Chelsea, jestem w stanie odbyć normalną rozmowę z jego fanami bez wytykania im, że nie mają historii.

Odbiegam od tematu. Generalnie chodzi mi o zachowanie kibiców Liverpoolu po stracie gola na 1:2 w niedzielnym spotkaniu na Anfield. Myślę, że większość wie, co się wtedy stało. Kibice zaczęli opuszczać stadion nie czekając na końcowy gwizdek sędziego. Gdy patrzyłem na reakcję Kloppa myślałem, że zaraz podejdzie i ich solidnie opieprzy. Nie stało się tak, piłkarze też przez te 12 minut nie wykazali się niczym szczególnym, chociaż nie można powiedzieć, że odpuścili. Jakby tego było mało, w doliczonym czasie gry nie było wcale słychać z trybun You’ll Never Walk Alone, a zamiast tego wesołe przyśpiewki londyńczyków.

To był dla mnie szok. Tym większy, że ani Jürgen Klopp, ani drużyna na takie zachowanie fanów nie zasłużyła. Zdarza się, że zespół gra poniżej oczekiwań, oddaje inicjatywę słabszemu rywalowi, popełnia głupie błędy i jest to n-ty raz z rzędu. Słowem – totalna klapa. Złość kibiców jest zrozumiała i niektórzy ze złością opuszczają stadion. Nie pochwalam tego, nie zachowałbym się tak, ale jestem w stanie zrozumieć. Jednak jak wytłumaczyć taką reakcję fanów w przypadku pierwszej porażki Jürgena Kloppa w Liverpoolu? Trenera, którego całe Anfield domagało się wcześniej ubierając dżokejkę i okulary oraz wywieszając transparenty Klopp for The Kop.

No i trzeba otwarcie przyznać – zespół zagrał dobre zawody. Przeważał, stwarzał okazje, zabrakło skuteczności, ale piłkarze nie poddali się. Jürgen Klopp może czuć się oszukany. Przyszedł do klubu, w którym miał się czuć jak u siebie w domu, miał dostać czas, zaufanie i wsparcie od wszystkich fanów. Przez miesiąc ciężko pracował, gołym okiem widać było poprawę gry i wyników, przychodzi pierwsza (niezasłużona) porażka i… Klopp został sam. Ze swoimi piłkarzami, ponieważ oni dalej będą za niego oddawać siódme poty na treningach i w meczach, ale sam – bez kibiców, którzy od zawsze byli uznawani za jedną z największych, a może i największą siłę Liverpoolu. A zostawili go właśnie ci, których mottem jest to piękne hasło You’ll Never Walk Alone. Pozostaje więc pytanie, czy nie jest to tylko pusty, nic nie znaczący slogan służący jedynie w celu wywyższenia się nad kibicami innych drużyn.

Otóż dla mnie (i zapewne dla wielu fanów Liverpoolu) nie. Od 2001 roku wspieram ten klubi i ani razu się od niego nie odwróciłem. Jest wielu, którzy są jeszcze lepszymi kibicami ode mnie i z jeszcze większą pasją wypełniają idee tego klubu. Co jednak z tymi, którzy chodzą regularnie na stadion i z pewnością uważają się za prawdziwych kibiców, za lepszych od nas, którzy oglądają Liverpool tylko w telewizji? Płacą za bilet i chcą obejrzeć dobry spektakl, a jeżeli nie są z niego zadowoleni to mają prawo wyjść i nic nam do tego? Nie znam tych osób, ale można przeczytać opinie ich obrońców. Przecież ci ludzie mogą dojeżdżać z daleka – słyszymy. Nie chcą stać w korkach. Na koniec bardzo trudno wydostać się ze stadionu, są duże kolejki.

Rozumiem, że jak idą do teatru to również wychodzą 10 minut wcześniej, żeby jako pierwszym wyjechać z parkingu? Jeżeli tak, to świadczy o braku kultury, ale jestem przekonany, że tak nie jest. Jestem pewien, że te same osoby, które muszą koniecznie w tym momencie wyjść, żeby na pewno zdążyć na pociąg albo nie stać w korkach zostałyby te 10-12 minut dłużej, gdyby wynik był inny. Więcej – z radością by w tym korku stały, w ogóle nie przejmowałyby się, że muszą czekać na następny pociąg. Może nie mam racji, w końcu nie znam tych ludzi. Może kupują bilet do kina doskonale wiedząc, że nie zobaczą jak się film skończy, bo wyjdą na pociąg.

Mimo, że dla niektórych to hasło jest już mało istotne, tak długo jak chociaż jeden fan The Reds będzie w nie wierzył, Panie Klopp – Nie będziesz szedł sam.

Początek

Nie jest łatwo zacząć pisać o futbolu. W świecie piłki nożnej dzieje się tyle rzeczy, że trudno nagle wskoczyć w środek i wypowiedzieć się w jakiejś konkretnej kwestii szczególnie osobie, która (jak ja) ma czasem problemy z przedstawieniem wszystkiego w kilku prostych zdaniach. Wystarczy wspomnienie jakiejś sytuacji i od jednej dygresji jestem w stanie przejść przez 5 kolejnych zanim wrócę do sedna sprawy. Będę się starał wam tego oszczędzić, niczego jednak nie obiecuję.

Co zielone kartki wniosą pożytecznego do futbolu?
W ostatni weekend wystartowała Serie B. Super. Co roku startuje i nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Tym razem było inaczej. Sędziowie oprócz żółtych i czerwonych kartek w kieszeni mieli jeszcze jedną i nie była to biała, którą chce wprowadzić Michel Platini. Chodzi oczywiście o zieloną, która ma być nagrodą dla piłkarza za zagranie fair play. W pierwszej chwili, gdy o tym przeczytałem uznałem to za dobry pomysł, wnoszący coś ciekawego do futbolu… przeszło mi, gdy tylko się z tym przespałem.

Po dłuższym przemyśleniu doszedłem do wniosku, że nagradzanie uczciwości piłkarza kłóci się z ideą gry fair play. Jestem w porządku, bo chcę, a nie po to, żeby dostać zieloną kartkę. Do tej pory piłkarz wybijający futbolówkę na aut, ponieważ rywal leży na boisku, dostawał brawa od fanów zgromadzonych na stadionie. Teraz dostanie zielony kartonik. Miroslav Klose przyznający się, że gol uznany przez sędziów został strzelony ręką na zawsze wpisał się do historii gry fair i jestem w 100% przekonany, że nie zależy mu na żadnych zielonych kartkach czy nagrodach za nie przyznawanych. To też jest ciekawa historia. Zawodnik i drużyna grająca najuczciwiej według tych statystyk zostanie na koniec rozgrywek nagrodzona w bliżej niesprecyzowany sposób. Cytując klasyka, może dostaną „używaną oponę do stara? Albo choinkę o zapachu kokosowym do malucha?” Chociaż ja osobiście stawiam na jakąś oryginalną plakietkę…

Co ciekawe, większość lig przyznaje co roku nagrodę fair play dla drużyn z najmniejszą ilością kartek. Barclays Premier League posunęło się nawet dalej i w lidze tej prowadzone są dokładne statystyki jak zawodnicy i kibice reagują na decyzje sędziowskie i odnoszą się do piłkarzy drużyny przeciwnej. Może się też okazać, że taki Diego Costa w jednym meczu nadepnie rywalowi na stopę, uderzy go z łokcia, będzie symulował w polu karnym, ale na koniec i tak otrzyma zieloną kartkę, bo wybije piłkę na aut? Paranoja.

Podsumowując – zielone kartki to niepotrzebny bonus nic nie wnoszący do przebiegu gry. Sędziowie będą mieli jedynie więcej notowania w trakcie meczu i zrobi się większy bałagan, szczególnie jeśli UEFA rzeczywiście wprowadzi białe kartki. Co dalej? Może specjaliści w ligach o zbyt małym zainteresowaniu (jak Serie B) już zastanawiają się co może oznaczać na boisku kartka niebieska, a może czarna?

Premier League ruszyła
Późno, bo późno, ale w końcu zdecydowałem się w krótkich zdaniach wypowiedzieć o starcie Premier League, którą śledzę najgorliwiej. Minęły już cztery kolejki angielskiej ekstraklasy i mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Jedyny zespół mogący pochwalić się dobrą formą to Manchester City. O ile jeszcze w marcu każdy zastanawiał się kto zastąpi latem Manuela Pellegriniego, to teraz nikt nie ma wątpliwości, że Chilijczyk wykonuje na Etihad świetną pracę. Złośliwi powiedzą, że przy takim budżecie trudno jest coś zepsuć… jednakże tego zespołu naprawdę należy się obawiać. The Citizens w 4 meczach strzelili 10 bramek, żadnej nie stracili i jako jedyni mają komplet punktów. W dodatku po tych wynikach jeszcze się wzmocnili, zarówno w ataku (Kevin de Bruyne) jak i obronie (Nicolas Otamendi). Największym rozczarowaniem jest z kolei drużyna aktualnego mistrza Anglii – Chelsea. Ekipa Jose Mourinho zajmuje 13. miejsce z zaledwie 4 punktami, między innymi przez bolesną porażkę z Manchesterem City 0:3. Rozczarowuje też Tottenham Hotspur, chociaż do ich gry wielu zastrzeżeń mieć nie można. Oczywiście szwankuje nieco defensywa, ale poza tym piłkarze Mauricio Pochettiniego mogą się podobać – brakuje im jednak skuteczności.

Manchester United i Liverpool to drużyny grające niemalże identyczny futbol w tym sezonie. Tym ciekawiej zapowiada się ich pojedynek w następnej kolejce na Old Trafford. Obie ekipy niezasłużenie po dwóch meczach miały dwa zwycięstwa, ale zagrały dobry trzeci mecz zakończony w obu przypadkach 0:0. Następnie jednak limit szczęścia się wyczerpał i zarówno The Reds jak i Czerwone Diabły odniosły porażkę w 4. rundzie spotkań. Zachwycający przed sezonem Arsenal też na razie nie rozpieszcza kibiców swoją grą, ale fani Kanonierów mogą z większym optymizmem spoglądać w przyszłość. Największą niespodzianką jest jak na razie Crystal Palace i Leicester, zajmujące 2. i 3. miejsce. Co ciekawe – wyniki tych drużyn w pełni zasłużone.

O wyciśniętej pomarańczy
Przyszła pora na również ciekawy temat – reprezentacje. Eliminacje dla jednych się kończą, ale dla niektórych niewiele się zmieniło przez ostatni rok – niczego nie mogą być pewni. Wśród tych drugich jesteśmy również my, Polacy.

Awans zaklepały już sobie ekipy Islandii, Czech, Anglii i Austrii. Hiszpanię, Niemcy i Irlandię Północną dzieli od tego jeden mecz ze słabymi drużynami. Na przestrzeni całych kwalifikacji mamy do czynienia z dziwnymi rezultatami. Krzysztof Stanowski ostatnio wypowiadał się na łamach Przeglądu Sportowego, że przyzwyczajenia nie pozwalają mu na zaakceptowanie wyższości Islandii nad Holandią. Mogę się z nim zgodzić. We mnie też drużyny z sukcesami z mojego dzieciństwa budzą większą grozę od zespołów aktualnie groźnych. Internet obśmiewa więc Arjena Robbena i reprezentację Oranje, że nie pojadą na Euro we Francji. Ja patrząc jednak na ich terminarz stwierdzam, że Holendrzy w barażach zagrają i co więcej – najpewniej je wygrają. Chciałbym, żeby było inaczej i jest to wielce prawdopodobny scenariusz, dlatego ze zniecierpliwieniem czekam na październik, żeby zobaczyć zgorzkniałą minę Arjena Robbena. Wyjaśnię od razu skąd wzięła się moja niechęć do tego piłkarza. Nie lubię boiskowych egoistów. Lubię drybling i sztuczki techniczne, sam się z chęcią tych technik uczę, ale dobro zespołu jest zawsze najważniejsze. Ktoś ostatnio słusznie zauważył, że na Euro nie pojedzie, ponieważ jego ego się we Francji nie zmieściło. W ostatnich latach był jeden Holender, którego zawsze lubiłem i szanowałem, co nie może was dziwić, ponieważ to był piłkarz Liverpoolu. Mowa oczywiście o Dirku Kuycie, któremu chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zarzuci, że grał samolubnie, a nie z myślą o drużynie.

Pora kończyć ten przydługi wywód. Zachęcam gorąco do podzielenia się waszymi opiniami na powyższe tematy i nie tylko.